czwartek, 26 stycznia 2012

Invocato

Tytuł: Invocato
Autor: Agnieszka Tomaszewska
Wydawca: Bullet Books
Gatunek: fantasy

Fantasy, ale jakie! Nie ma smoków, orków, mieczy czy rycerzy na koniach tudzież grzecznych słów. Za to są pyskaci samobójcy, potwory astralne i przekleństwa. Są karabiny i granaty świetlne. Nie ma magii, ale jest Inwokacja.
Bura - siostra chłopaka, który popełnił samobójstwo, by dowiedzieć się DLACZEGO, za radą pracownika cmentarza pisze inwokację o przyjęcie do miasta samobójców i... dostaje się! Zostaje żywcem przeniesiona do Miasta Samobójców i trafia od razu pod opiekę Kapitana – dowódcy jednego z Posterunków skupiających specjalne drużyny. Są one od likwidowania potworów i bytów astralnych żerujących na samobójcach i nieszczęśliwych duszach ludzkich. Kapitan przydziela Burą  do drużyny swojego byłego podopiecznego – Koshego. Jego grupa to istna mieszanka wybuchowa, która idealnie uzupełnia się nawzajem, tworząc przedziwną rodzinę. Mamy szefa czyli Koshego – arystokrata i Invocato. Wiecznie zajęty, z telefonem przy uchu. Natan czyli Klecha – palący jak smok, skryty i noszący sutannę, mimo braku przynależności do stanu duchownego. Borys – Rambo przy nim to kurdupel – chodząca rosyjska góra z bazooką. Żonaty, dzieciaty misio, oaza spokoju i dobroci. Pablo vel Prince – Włoch i gej, jeździ różowym skuterem i uwielbia słodycze – szczególnie lizaki. Szczur – chudzinka z mutacją. Jak się wkurzy, to jego wysokie C skruszy każde szkło. Geniusz techniczny. Ze złomu cudeńko zrobi. Lillith powszechnie nazywana Burą, ze względu na nijaki kolor włosów i oczu. Jak z dezaprobatą zauważył Szczur: „zero cycków”. Pyskata, zadziorna, inteligentna. Ma zapędy do matkowania chłopakom.  Później dołączają do nich Wódz i Ron, którzy w teorii powinni dawno się pozabijać, ale nadal stanowią zgrany duet.
Coby was jeszcze bardziej zachęcić, podaję przykłady cytatów:

„- Dziewczynko, to był Pulsar, nie Hiena – wygarnął jej w twarz.  -  Umiesz coś poza wpierdalaniem się w nie swoją robotę? To był nasz demon.
- Masz na niego paragon czy chociaż obrożę? Niech zgadnę? Daliście mu  z żoną Pimpuś, po dziadku?”

„ Koshe nie zdążył zareagować. Kapitan był szybszy.
- Uprzedzam, Szczur. – Stanął obok chłopaka.  – Ona mówi proszę, dziękuję, smacznego, więc to dla ciebie może być szok kulturowy. Nie zapomnij języka w gębie.”

„ […]Makaroniarz miał problem z centralką. Cieszyła się, że nie ma klaustrofobii. Stali dłuższą chwilę, słuchając jak klnie.
- Na pych ją odpalasz? – skrzeczał Szczur.
- Nie, kurwa, walę z dyni w rozdzielnię. – warknął.
- Stąd to echo.”
Całość jest napisana lekkim, żywym językiem, z dużą ilością przekleństw i kolokwializmów, co sprawia, że książkę czyta się jednym tchem i w zasadzie nie sposób się od niej oderwać. Bohaterowie wyraziści, łatwo ich sobie wyobrazić, historia i zdarzenia logicznie i jasno opisane.
Ja pokochałam ich od pierwszych stron – i serdecznie ją polecam każdemu, kto choć trochę lubi dziewczyny, które nie dają sobie w kaszę dmuchać!


Kot Syjonu

Tytuł: Kot Syjonu
Autor:  Jerzy A. Wlazło
Wydawca: Bullet Books
Gatunek: Kryminał noir

   Książka, którą szukałam kilka miesięcy. Już na początku zaznaczę, że książki BB najlepiej szukać w sieci Matras.
   Głównym bohaterem jest były policjant o swojsko brzmiącym nazwisku Bialas, zwolniony ze służby za błąd podczas akcji. Zostaje on wynajęty przez tajemniczą hrabinę Chattearstone, by znalazła jej kota, który będzie pasował do jej charakteru. Jest osobą raczej cyniczną, złośliwie komentującą rzeczywistość, choć czasami  idzie odruchami serca. Sama hrabina jest osobą nie mówiącą praktycznie nic o sobie, w dodatku nienawidzi pytań i, jak to w przypadku osób mających władzę, nie przywykła do odmowy spełniania jej zachcianek. W międzyczasie Bialas wplątuje się w kilka dziwnych spraw: zaginięcie gwiazdki kabaretu, poszukiwania ogrodnika, o którym nikt nic nie wie, morderstwo, zadziera z synem byłego gangstera...
  Brzmi świetnie, ale w rzeczywistości aż tak świetnie nie jest. Widać, że autor miał pomysł i to bardzo dobry, ale wykonanie mu nie wyszło. Hrabinę tylko on i kilka innych osób (bardzo zakamuflowanych) spotyka, a gdy chce zapoznać przyjaciółkę (bez podtekstów seksualnych tu), tajemnicza dama znika, jak również jej mieszkanie. I tu już był pierwszy zgrzyt - rozumiem, że dana osoba może zniknąć w kilka godzin. Ale nie jest nikt w stanie w kilka godzin wyprowadzić całej posiadłości tak, żeby nie było śladu, że ktoś tu wcześniej kilka godzin był. I tak kilka razy. Nasuwa to czytelnikowi całkiem błędny wniosek, iż Bialas ma jakieś przywidzenia bądź początki choroby psychicznej.
  Kolejny zgrzyt, to łączenie tych kilku spraw z poleceniem hrabiny. Wygląda to tak, że bohater rozwiązuje je "tak przy okazji" (bo cały czas się waha, czy przyjąć to zadanie), a dopiero na samym końcu następuje wyjaśnienie jak to się ma do całości. Przy czym wyjaśnienie jest mętne i jakoś mało przekonujące. UWAGA SPOILER* Nie kupuję tego, że hrabina nie wiedziała, że każdy z jej trzech mężów to ta sama osoba, w dodatku spokrewniona z nią tak blisko* KONIEC SPOILERA. Dodatkowo, autor strzelił byka jak zaraza (o ile dobrze doczytałam): główny bohater pochodzi z rodziny Leszczyńskich, a dokładniej jego babka miała nazwisko Ryś-Leszczyńska, po czym na samym końcu szanowny autor twierdzi, że to przodkini naszej hrabiny tak się nazywała. Wniosek? Albo autor pokićkał, albo oboje są spokrewnieni. Koniec końców Bialas znajduje jej tego kota, aczkolwiek rasa (czy raczej gatunek) też jest dla mnie zbyt grubymi nićmi szyty.
  Podsumowując: opis książki był bardzo bardzo, ale efekt strasznie mnie rozczarował. Jeśli ktoś mimo mojego całego krytycyzmu nadal nie jest zrażony, to zapraszam. Mimo, że poszczególne wątki nijak się mają do siebie, to jednak ich wyjaśnienie jest całkiem logiczne i ma klimat. Klimat i język narracji to jedyne rzeczy, które bronią tą książkę.



Oj się zaniedbałam

Książki kolejne pokończyłam a tu cisza. Zatem... Zaczynam nadrabiać!

piątek, 13 stycznia 2012

Obsydianowe Serce

Tytuł: "Obsydianowe serce"
Autor: Ju Honisch
Wydawca: Fabryka Słów
Gatunek: fantasy

  Książka reklamowana jest jako powieść gotycka ze szczyptą steampunku i dużą dozą czarnego humoru, i nie ukrywam, że to szczególnie mnie zaciekawiło. Aczkolwiek steampunku to tam mniej niż na lekarstwo. Owszem mamy magię, mamy czasy secesji (albo nawet wcześniej), a bohaterowie używają pistoletów zamiast miotaczy czy różnych innych ciekawostek. Wybitnie brakuje ciekawych maszynerii - ot, dajmy na to, pierwszych automobili czy prototypów tychże. Zamiast tego, bohaterowie poruszają się konno, a listy sklejane lakiem dostarcza się przez posłańców. 
   A jednak świat przykuwa uwagę już od pierwszych stron. Poznajemy młodą damę - Corrisande, która okazuje się być córką króla podziemi oraz jej ciotkę, która ciotką jest jedynie z nazwy. Wplątują się one (a szczególnie Corrisande) w akcję poszukiwawczą dziwnego pergaminu, którego namiętnie poszukują różne grupy: trzech oficerów wespół z magiem w celu zabezpieczenia i ukrycia, drugi mag, o samolubnych zamiarach użycia, grupa mnichów z niszczycielskimi zapędami oraz mityczne istoty Si (od wampirów począwszy, przez nereidy, aż po niejakiego wiatrochoda) z różnymi intencjami. Dodać do tego należy pomagającą gwiazdę opery, która i tak robi wszystko po swojemu. Celem jest - jakże oryginalnie - uratowanie (bądź zniszczenie - zależy, której grupie się uda zgubę odzyskać) świata. Ameryki nie odkrywa, ale wszystko jest logicznie pozlepiane, aczkolwiek szkoda będzie jeśli autorka nie wróci do tych bohaterów - tworzą całkiem różnorodną, a jednak uzupełniającą się grupę i szczerze mówiąc, strasznie ciekawią mnie ich dalsze przygody 
   Książka została wydana przez Fabrykę Słów w dwóch tomach. Poniżej zamieszczam okładki obydwu.

Tom pierwszy: 

I tom drugi: